Jesteś tu pierwszy raz i nie wiesz od czego zacząć? Kliknij Tutaj

3 mity na temat ciśnienia krwi, w które kiedyś wierzyłam


Międzynarodowe Towarzystwo Nadciśnienia Tętniczego ogłosiło kilka lat temu bardzo szczytną akcję: Maj Miesiącem Mierzenia Ciśnienia Tętniczego (z angielskiego MMM czyli May Measurement Month).

Akurat mamy maj, więc czas pomyśleć o ciśnieniu tętniczym. Najczęściej przypominamy sobie o nim dopiero wtedy, gdy pojawiają się bóle i zawroty głowy albo bezsenność. Niektórzy ignorują te sygnały i padają ofiarą cukrzycy, udarów, zawałów, problemów z nerkami czy wzrokiem.

Zabójcą numer jeden w krajach cywilizowanych nie jest wcale to, czego najbardziej się boimy (rak), ani to, co jest najbardziej medialnie pompowane (modny wirus).

Są to choroby sercowo-naczyniowe. W Polsce niemal co drugi zgon jest właśnie z tego powodu.

Samo mierzenie ciśnienia jest oczywiście przydatne, ale obciążone przy okazji mitami.

Opiszę dzisiaj 3 najważniejsze mity na temat ciśnienia krwi, w które sama kiedyś wierzyłam.

(więcej…)

Jak chronić się przed kleszczami?


Jak chronić się przed kleszczami? I co ma do tego wszechobecny smog elektroniczny? Pozornie nic, ale pojawiły się badania naukowe sugerujące, że powinniśmy się bliżej przyglądać temu co robimy.

Już w roku 2013, czyli 7 lat temu pisałam o tym, że toniemy w elektromagnetycznej zupie.

Co zmieniło się przez ostatnie 7 lat?

Zupa dzisiejsza jest jeszcze gęstsza niż 7 lat temu.

A zapowiada się jeszcze gęstsza, pomimo protestów świadomej części społeczeństwa.

Smog elektroniczny w przeciwieństwie do smogu powietrznego jest niewidzialny oraz nie śmierdzi, stąd też przez wielu jest traktowany pobłażliwie jako wymysł zielonych ekoświrów.

Czy słusznie? (więcej…)

Jak jedzenie naprawia skórę: historia Pawła i jego AZS


Czy pamiętacie historię naszej czytelniczki (A.R.), która opisała jak za pomocą zmian żywienia i stylu życia zapoczątkowanych dietą dr Dąbrowskiej pozbyła się atopowego zapalenia skóry, z którym borykała się wiele lat?

Po opublikowaniu tego artykułu wysłałam kontakt do naszej czytelniczki (na co wyraziła ona swoją zgodę) do ponad 100 osób, które mnie o to poprosiły!

Jak widać temat tego jak wyleczyć AZS jest bardzo popularny.

Chorują nawet małe dzieci, cierpi również wielu dorosłych, przekonanych o nieuleczalności swojego stanu.

Jedną z osób, które kontaktowały się ze mną z prośbą o kontakt do czytelniczki A.R. był Paweł Stachyra – również nasz stały czytelnik. Było to dokładnie rok temu.

Paweł to młody mężczyzna, który pomimo swojego młodego wieku borykał się z problemami zdrowotnymi, a najbardziej dokuczliwym było atopowe zapalenie skóry (AZS).

Paweł wygrał z AZS – dzięki sile prawdziwego jedzenia jest wolny od tej uprzykrzającej życie dolegliwości. Jak tego dokonał?

Oto jego niesamowicie inspirująca historia (wraz ze zdjęciami skóry przed i po!) jak pokonywał swoją drogę do wolności od AZS, a także na koniec pewna mała niespodzianka dla czytelników – specjalnie od Pawła dla Was. 🙂 (więcej…)

Zdrowie nie takie żelazne


Gdy ktoś jest nadzwyczaj zdrowy to mówi się, że ma żelazne zdrowie. Skąd się wzięło to powiedzenie? Nie wiadomo.

Faktem jest, iż nie sposób żyć bez żelaza: jest ono pierwiastkiem niezbędnym dla wszystkiego co żyje, począwszy od drobnoustrojów, poprzez rośliny, zwierzęta i na ludziach kończąc.

Nie ma wątpliwości, że bez tego pierwiastka nie tylko zdrowie, ale w ogóle życie nie byłoby możliwe. Nadmiar żelaza jest jednak równie szkodliwy jak jego niedobór.

W prawidłowych warunkach jest zachowana równowaga między zużyciem a uzupełnianiem tego pierwiastka. Jednak nie zawsze tak się dzieje.

Niedobór żelaza skutkujący anemią obejmuje ok. 30% ludności na Ziemi lecz jest w tej chwili głównie problemem cierpiących na niedożywienie krajów rozwijających się (jak wynika z raportu WHO ok. 90% populacji cierpiącej na niedokrwistość z niedoboru żelaza to właśnie mieszkańcy krajów rozwijających się, głównie kobiety i dzieci).

Jednocześnie w krajach tych ryzyko zapadnięcia na tzw. choroby cywilizacyjne jest zmniejszone.

W krajach zachodnich zatem jak wynika ze statystyk – anemia to raczej marginalny problem zdrowotny: tu zmagamy się raczej jak się wydaje z długofalowymi następstwami nadmiaru żelaza w diecie w postaci nieszczęsnych chorób cywilizacyjnych.

Może to wynikać z faktu, iż u nas postawiono ten mikroelement na piedestale: w powszechnym mniemaniu im więcej jemy żelaza tym lepiej, bo tym będziemy zdrowsi, a jak jesz go za mało to czeka cię los wychudzonego i bladego anemika, ledwo powłóczącego nogami, więc najlepiej na wszelki wypadek zjadać dużo żelaza, które „daje siłę”.

Specjaliści od marketingu w firmach produkujących żywność dobrze wiedzą, że żelazo ma w tej chwili tak silnie nadmuchany wizerunek, iż jest to dla tej gałęzi przemysłu istna żyła złota: wystarczy na produkcie spożywczym dodać napis typu „bogate/wzbogacone w żelazo” aby produkt od razu lepiej się sprzedawał (podobnie jak „bogate źródło białka” czy też „bogate w wapń” – równie chwytliwe slogany przemysłu spożywczego, wybitnie podnoszące sprzedaż).

Dość rzadko mówi się o tym, że z żelazem (podobnie jak z białkiem i wapniem) jest problem taki, iż jego niedobór owszem jest szkodliwy, ale nadmiar jest jeszcze gorszy.

Żelazo to miecz obosieczny – o czym większość ludzi nie wie.

Mamy jednak obecnie całe mnóstwo danych naukowych, które wskazują na powiązanie zbyt dużych zapasów żelaza (ferrytyny) z praktycznie wszystkimi chorobami określanymi mianem cywilizacyjnych.

Medycznie uznawana jest oficjalnie głównie jedna „choroba z nadmiaru żelaza” czyli hemochromatoza. Sprawa jest tymczasem nieco bardziej skomplikowana.

Z jakimi chorobami cywilizacyjnymi badacze powiązali nadmiar żelaza w ustroju? (więcej…)

10 popularnych mitów na temat białka


Chętnie i wystarczająco często powtarzany fałsz z biegiem czasu zostaje uznany za prawdę. Wokół naszych makroskładników odżywczych (białka, tłuszcze i węglowodany) narosło wiele mitów, które opierają się na półprawdach lub wręcz fałszu. Mity na temat białka… można by było książkę o nich napisać (i ktoś mądry to już zresztą zrobił, ale o tym później).

Powtarzają je wszyscy: od lekarzy i dietetyków począwszy, poprzez mass media aż po szarego Kowalskiego.

Przeciętny człowiek wie, że „dla witaminek” ma jeść warzywa i owoce, „dla tłuszczu” masło, boczek albo olej, „dla węglowodanów” produkty zbożowe, kasze i ziemniaki, a „dla białka” produkty odzwierzęce (produkty mleczne, ryby i mięso).

To duże uproszczenie.

Szczególnie jeśli chodzi właśnie o białko – makroskładnik, który postawiony został we współczesnych czasach na piedestale, został świętą krową współczesnej dietetyki i stworzono z niego prawie religię.

Niemal wszyscy jesteśmy jej wyznawcami: wyznawcami białka – świadomie lub nie.

Pewne badania nawet wykazały, że można wybitnie podnieść sprzedaż danego produktu spożywczego: otóż wystarczy, że producent umieści na opakowaniu informację, iż jest on „bogaty w białko”.

Sprytne, prawda? 😉

Jak widać na informacje o białku jesteśmy niezwykle wrażliwi i łatwo dajemy się manipulować – lękamy się niedoborów białka, a w naszej podświadomości nieustannie pobrzękuje straszna myśl: że może nam go zabraknąć.

Ogromna popularność batoników i koktajli białkowych czy też rozmaitych odżywek białkowych nie wzięła się znikąd.

Jak daleko sięga białkowe szaleństwo?

Bardzo daleko. Większość osób boi się przeżyć choćby jednego dnia bez „źródła białka” (mięso, jaja, ryby, produkty mleczne) w obawie o swoje zdrowie i życie.

Czy słusznie? (więcej…)

Co z tą pszenicą?


Po publikacji artykułu na temat diety skrobiowej doktora McDougalla odezwały się zaniepokojone głosy niektórych czytelników, a zaniepokojenie to dotyczyło głównie pszenicy (i zbóż ogólnie), wskazanej jako jedno z dopuszczalnych źródeł skrobi w tej diecie (choć dieta oparta na skrobi opracowana przez dra McDougalla nie polega bynajmniej na jedzeniu tego co indywidualnie komuś nie służy, a spośród wielu źródeł skrobi można wybierać takie, które nam odpowiadają zarówno kulturowo jak i zdrowotnie).

Na antypszeniczne (czy mówiąc szerzej: antyzbożowe) nastawienie wielu ludzi mogła wpłynąć słynna książka dra W. Davisa „Dieta bez pszenicy”.

Na fali tej książki pojawiła się nagle ni stąd ni zowąd szeroko rozpowszechniana  demonizacja pszenicy oraz innych zbóż (nawet tych bezglutenowych) i ich postrzeganie jako „trucizny”.

Czy mamy zatem bać się pokarmów spożywanych przez naszych przodków? Wypada może w tym miejscu zacytować filozofa ks. prof. Józefa Tischnera: „Góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: święta prowda, tyż prowda i g*wno prowda.”.

Osobiście wolę jednak biblijną miarę prawdy, która nigdy nie zawodzi: poznacie ich po owocach. Owoce zaś naszego postępowania z tym darem natury jakim jest pszenica są mizerne: coraz więcej osób jedzących pszenicę czuje się podle lub nawet przewlekle choruje, a zdrowie odzyskuje dopiero gdy przestanie ją spożywać – choć nie jest celiakiem ani nie ma stwierdzonej alergii na pszenicę czy gluten.

Coraz więcej osób (czasem nawet nie mając o tym pojęcia) cierpi na nieceliakalną nadwrażliwość na gluten lub nietolerancję pszenicy i związane z tym rozmaite choroby (głównie autoimmunologiczne, które stały się plagą naszych czasów).

Tak się składa, że kilka dni temu miał swoją premierę film dokumentalny „What’s With Wheat?” („Co z tą pszenicą?”) i sporo nowych rzeczy dowiedziałam się wysłuchawszy wypowiedzi wielu ekspertów: naukowców, lekarzy, dietetyków,  farmerów oraz zwykłych ludzi, propagatorów zdrowia blogujących w sieci.

Dziś tą wiedzą podzielę się z czytelnikami. (więcej…)

Wyzdrowiej i schudnij jedząc ziemniaki, fasolę, chleb i ryż


Mile widziane stało się obecnie rozprawianie na temat szkodliwości margaryn czy tłuszczu trans oraz wypowiadanie w towarzystwie opinii typu „potrzebujemy dobrych tłuszczów”. Nie licz jednak na ożywioną konwersację wspominając to samo o węglowodanach. Kiedy powiesz: „potrzebujemy dobrych węglowodanów” większość osób może w ogóle nie mieć pojęcia o czym mówisz!

W umyśle niejednego przeciętnego człowieka węglowodany zostały wszystkie wrzucone do jednego worka jako „rzecz szkodliwa i tucząca” czyli taka, którą warto ograniczać (na rzecz białka i/lub tłuszczu, które  z kolei są postrzegane jako zdrowe i bardzo potrzebne).

Prawdziwą furorę robi za to dieta niskowęglowodanowa – zresztą to kolejny już raz w ciągu ostatnich kilku dekad (nic dziwnego – ma naprawdę hojnych oraz wpływowych sponsorów w postaci przemysłu związanego z przetwórstwem zwierząt, produkty odzwierzęce bowiem nie są źródłem węglowodanów, składają się jak wiadomo głównie z białka i tłuszczu).

Ostatnimi czasy stara dieta Atkinsa (niskowęglowodanowa) na której autor zbił fortunę w latach 70-tych (po czym godnie zszedł na zawał ważąc 117 kg przy wzroście 179 cm) została wyciągnięta z trumny, ubrana w nowe szatki oraz nową filozofię i teraz nazywa się na przykład „dieta Paleo” albo „dieta South Beach” albo „dieta Zone” lub jakkolwiek inaczej.

Po czym zatem poznać, że dieta jest typu low-carb (niskowęglowodanowa)? Głównie chodzi w niej o to, aby w ramach nowego sposobu na życie czerpać teraz swoje kalorie przede wszystkim z tłuszczu i/lub białka, a drastycznie zmniejszyć (lub w ogóle usunąć) z diety wszelkiego typu węglowodany: produkty skrobiowe, zbożowe, nasiona roślin strączkowych, a nawet owoce, bo te też są „podejrzane” o szkodliwość dla zdrowia.

Nasilone propagowanie diet niskowęglowodanowych spowodowało, że stare, dobre węglowodany (jak np. ziemniaki, czy chleb) pod wpływem licznych oskarżeń o rozmaite bezeceństwa jakby „wyszły z mody”, a ich sprzedaż w ciągu ostatnich kilkunastu lat gwałtownie zaczęła spadać, podczas gdy ludzie zaczęli objadać się białkiem i/lub tłuszczem uważając wszelkiego typu węglowodany za zło wcielone i przyczynę wszelakich nieszczęść.

Czy słusznie jednak jest obawiać się węglowodanów? Czy za twierdzeniami, iż są niebezpieczne, szkodliwe i tuczące stoi nauka, czy też raczej jest to kolejny… mit żywieniowy? (więcej…)

Andrew W. Saul „Wylecz się sam” (recenzja)


Książka „Wylecz się sam” nareszcie dostępna jest w języku polskim! To prawdziwa Biblia Naturalnego Zdrowia, która powinna znaleźć się w każdym domu! Aż 660 stron bardzo cennej wiedzy.

wylecz się sam

Możesz nabyć ją tutaj: [klik]

To jedna z pierwszych książek na temat zdrowia, którą przeczytałam – jeszcze zanim została wydana w języku polskim: stała się jedną z ważniejszych książek dla mnie i mam do niej z tego powodu dosyć osobisty stosunek.

Bardzo się ucieszyłam kiedy dowiedziałam się, że książka „Doctor Yourself: Natural Healing That Works” pojawi się również u nas w Polsce (tytuł polskiego wydania: „Wylecz się sam. Megadawki witamin”), jej premiera miała miejsce kilkanaście dni temu, pod koniec kwietnia b.r.

Odkąd została wydana w naszym ojczystym języku dostaję od moich czytelników sporo zapytań typu: czy warto książkę kupić (szczególnie w kontekście tego czy i jak różni się ona od „Ukrytych terapii” J. Zięby, traktującej o terapiach witaminowych), co zawiera konkretnie ta książka, czy jest ona bardziej dla lekarza czy dla pacjenta, czy jest napisana zrozumiałym językiem  itd. Dzisiaj postaram się przybliżyć czytelnikom zawartość tej książki i napisać o niej kilka słów recenzji. (więcej…)

Dlaczego warto jeść warzywa nawet z marketu zamiast żadnych?


Jak głosi miejska legenda warzywa z marketu są niesamowicie „trujące”, pełne zabójczych dla nas pestycydów i w ogóle nie powinno się  ich jeść.

Lepiej kupować, jak mówią ludzie, warzywa i owoce na jakimś ryneczku, bo wtedy podobno mają mniej chemii na sobie.

A jak głoszą niektórzy – w ogóle ostrożnie z tymi warzywami i owocami, ponieważ nigdy nie wiadomo jakież to niesamowite trucizny w nich siedzą: jeden pan w internetowej telewizji to nawet mówił, że bezpieczniej jeść zwierzęta, bo te przynajmniej mają wątrobę, więc się oczyszczają, a rośliny wątroby nie mają, więc się nie oczyszczają i dlatego warzywa z marketu są trujące, a mięso zwierząt jest bezpieczne i oczyszczone.

Czyżby?

Dzisiaj przyjrzymy się bliżej tym miejskim legendom i mitom internetowym jak również faktom rzeczywistym – w poszukiwaniu odpowiedzi na niezmiernie ważne dla nas wszystkich pytanie: jak bardzo zatrute pestycydami są sprzedawane w Polsce warzywa? (więcej…)