Jesteś tu pierwszy raz i nie wiesz od czego zacząć? Kliknij Tutaj

Terapie chlorkiem magnezu (polio to szczyt góry lodowej)


Po opublikowaniu listu doktora Thomasa Levy dostałam od czytelników liczne prośby o więcej informacji jeśli chodzi o terapie chlorkiem magnezu – zarówno w celach wzmacniania odporności oraz leczniczo przy infekcjach.

Dzisiaj zatem mam dla Was przetłumaczony kolejny list, w którym dr Levy przekazuje wiele cennych informacji na ten temat.

Dzisiejsi lekarze mogliby się uczyć ze źródeł historycznych jak leczyć patogeny, kiedyś bowiem nie było antybiotyków zwalczających infekcje bakteryjne (pierwszy z nich, penicylinę, zaczęto fabrycznie produkować dopiero w roku 1939), a jeśli chodzi o infekcje wirusowe, to do dzisiejszego dnia większość społeczeństwa jest przekonana, że wirusy to straszliwe zagrożenie, dużo gorsze niż bakterie.

Bo przecież “wszyscy wiedzą”, że na wirusy żadnego w zasadzie lekarstwa medycyna nie posiada, a jedyne co można zrobić, to sztuczna profilaktyka w formie szczepień – nazywanych z tego powodu ochronnymi.

Tymczasem starzy, przedwojenni lekarze kilka dekad temu radzili sobie bardzo skutecznie z wirusami (ale i bakteriami), również tymi, które wywołują różne choroby wieku dziecięcego. (więcej…)

Witamina C chroni przed koronawirusem?


Czy witamina C chroni przed koronawirusem? To takie trochę płytkie pytanie, bo chroni nas zawsze nasz własny układ odpornościowy, ale…

Dostałam list od dra Andrew Saul’a i dzisiaj chcę się z czytelnikami podzielić jego treścią. Jest to protokół na wirusy  – w tym także koronawirusy, którymi się straszy nas obecnie (styczeń Anno Domini 2020).

Czasem w sezonie karnawałowym, a czasem w sezonie ogórkowym, ale prawie co roku mamy opowieści niezwykłej treści o wirusach – a to grypy ptasiej, a to świńskiej czy innej, a niechże się gawiedź czymś przynajmniej raz w roku przestraszy (to łatwiej będzie nią manipulować)!

Wracając do tematu. Na mojej witrynie pojawiło się już wiele artykułów dotyczących medycyny ortomolekularnej. Co to jest medycyna ortomolekularna?

Niestety tego pojęcia w polskojęzycznej wersji Wikipedii nie znajdziemy, nie licząc bąknięcia na ten temat przy okazji przedstawienia sylwetki Linusa Paulinga.

Wikipedia anglojęzyczna określa z kolei medycynę ortomolekularną jako “formę medycyny alternatywnej polegającej na utrzymaniu ludzkiego zdrowia za pomocą suplementacji składników odżywczych”.

Spłycone bardzo, ale… No niech i tak będzie, z braku laku. 🙂

Uważam, że dobrymi wiadomościami warto się dzielić. Kilka lat temu dołożyłam się do zrzutki na produkcję filmu o witaminach “That Vitamin Movie”.

Subskrybuję też newsletter Orthomolecular Medicine News Service – jeśli ktoś biegle włada angielskim, to można się zapisać tutaj:

http://www.orthomolecular.org/forms/omns_subscribe.shtml

Natomiast archiwum wszystkich newsletterów znajdziemy pod tym linkiem:

http://orthomolecular.org/resources/omns/index.shtml

A teraz już do rzeczy: co napisał na temat ochrony przed wirusami dr Andrew Saul? (więcej…)

Czy można zarazić się rakiem?


 

Wirusy onkogenne to ostatnio gorący temat. Dostałam list od jednej z naszych czytelniczek w temacie szczepionki HPV z prośbą o komentarz.

Czytelniczka napisała do mnie dlatego, że jako matka dwóch córek ma mętlik w głowie po lekturze artykułu na blogu pewnej słynnej pani (będącej lekarką).

Podała linka (łatwo znajdziecie go w wyszukiwarce Google na pierwszej stronie wyników wyszukiwania na hasło szczepienie HPV).

Podpowiedź: blog jest jednym z tych modnych obecnie blogasków prowadzonych przez lekarki będące mamusiami. Lub mamusie będące lekarkami jak kto woli.

Jeśli chodzi o tego typu witryny, to w Polsce w ostatnich kilku zaledwie latach szalenie obrodziło.

Łatwo na nie trafić, bo aktualnie lądują na pierwszych stronach wyników wyszukiwań.

Wszystkie natomiast blogi alternatywne (między innymi mój) zostały stamtąd arbitralnie uprzątnięte (zmianę algorytmu rozpoczęto w sierpniu 2018) przez wielkiego wujaszka G. w ramach “zwiększania rzetelności i dostępności informacji medycznej w internecie”.

Tak to się dzisiaj nazywa. Kiedyś nazywało się mniej elegancko: zamordyzm.

W każdym razie (o tempora, o mores!) lekarze i lekarki zaczęli się nami troskliwie zajmować już teraz nawet przez internet.

Ponieważ jednak badać, diagnozować ani wypisać recepty przez internet raczej nie sposób, to chociaż piorą mózgi, aż drzazgi lecą!

Ach, przepraszam: chciałam powiedzieć, “dostarczają rzetelnej informacji medycznej w internecie”. 😉

Kliknęłam w przesłany przez czytelniczkę link, przeczytałam zamieszczoną tam treść i ze zrozumieniem pokiwałam głową: (więcej…)

Jak stosować olejki eteryczne – poznaj 7 mitów!


 

Jak stosować olejki olejki eteryczne w sposób skuteczny i bezpieczny? Warto to wiedzieć choćby po to, by umieć odróżnić sztuczny “olejek zapachowy” od naturalnego olejku eterycznego. Bo wszyscy lubimy jak coś ładnie pachnie, prawda? A jak pachnie ładnie, to “musi” być bezpieczne, ale… nie zawsze tak jest.

Aromaterapia ostatnio bardzo zyskuje na popularności. Jednocześnie w internecie krążą rozmaite mity na jej temat.

Niektóre z nich są nie tylko głupie, ale i szkodliwe – czasem tylko dla naszej kieszeni, a czasem dla zdrowia.

Po co nam ta wiedza? Dla własnego bezpieczeństwa.

Choćby dlatego, że do rozlewania pachnących cieczy zabierają się dzisiaj coraz to nowe, kolejne firmy.

Produktów tych na rynku przybywa coraz więcej pod różnymi markami, ale nie przybywa rzetelnej wiedzy na ten temat.

Rzetelnej, czyli opartej o naukowe fakty, a nie będącej jedynie owocem marketingu firm zajmujących się sprzedażą olejków (zarówno tych zapachowych, jak i naturalnych eterycznych).

Przeciętny konsument jest często skołowany i nie ma bladego pojęcia o co chodzi. Wiem to z własnego doświadczenia – swego czasu byłam olejkowym ignorantem!

Co i z jakiej firmy mam kupić, jak stosować te olejki eteryczne, na co zwracać uwagę, czego się wystrzegać, o co zadbać i czy naturalny olejek eteryczny za 10 czy 15 zł naprawdę nie istnieje? (więcej…)

Soja: szkodliwa czy dobra?


Na temat soi napisano już wiele: czy soja jest szkodliwa czy dobra? Zwolennicy zarówno pierwszej jak i drugiej opcji przerzucają się argumentami, że naprawdę zgłupieć można. Nie wiadomo w końcu czy na soję trzeba faktycznie uważać (i jak bardzo) czy też można ją sobie od czasu do czasu zjeść (i w jakiej formie).

Dzisiaj postaram się rozwiać sojowe wątpliwości, a także (uwaga!) na końcu tego artykułu będzie mega przepis: orientalny, aromatyczny i mega pyszny, właśnie na bazie soi. Czy zdrowy? Ośmielę się twierdzić, że mimo wszystko (choćby z uwagi na zawartość błonnika) zdrowszy niż mięsna wersja tej samej potrawy! 🙂

Zacznijmy od tego czym soja jest: soja warzywna jest rośliną strączkową, która ze wszystkich roślin strączkowych posiada najwięcej białka, a na dodatek jest to białko kompletne (zawierające wszystkie niezbędne aminokwasy). To dlatego często soję kojarzy się z dietą wegańską i wegetariańską: soja godnie zastępuje w tych dietach mięso.

W jednej z Niebieskich Stref, na japońskiej wyspie Okinawa, soja jest tradycyjnym elementem diety stulatków.  I to zarówno w postaci świeżych zielonych strączków zwanych edamame lub świeżych kiełków sojowych, jak i również (więcej…)

Dlaczego przetworzona żywność jest tak uzależniająca?


 

Czytelnicy w listach często narzekają na to, że ciężko jest przestawić się na zdrowe odżywianie gdy człowiek ma mało czasu, a wokół tyle przetworzonych produktów kusi i wciąga. Dziś odpowiem na pytanie jednej z naszych czytelniczek: dlaczego przetworzona żywność jest tak uzależniająca?

To prawda. Dosłownie działa jak narkotyk! Co gorsza, ćpają już nawet małe dzieci i to całkowicie legalnie.

Wszyscy wiemy, że jak już otworzymy paczkę ciasteczek, słonych paluszków, krakersów lub czipsów, to na pewno nie skończy się na jednym, a jedna kulka lodów, jeden mały wafelek czy batonik zazwyczaj skutkuje uczuciem niedosytu…

Mało tego – gdy już raz zasmakujemy w tego typu rozkoszach podniebienia, to nie możemy doczekać się kolejnej okazji. Po spożyciu ciastek, czekolady, kabanosów, pizzy czy lodów mamy jeszcze większą na nie ochotę i… ciągle nam mało.

W sumie moglibyśmy jeść to na okrągło (co też i zresztą wiele osób robi).

To zjawisko dotyczy wielu przetworzonych produktów: słodkich, słonych, tłustych, mięsnych, serowych, pszenicznych…

W dziwny sposób nie dotyczy tylko jednej grupy żywności: świeżych warzyw i owoców – te wydają się być nietknięte klątwą. 🙂

 

Kto tak naprawdę produkuje korporacyjną “żywność”?

(więcej…)

7 rzeczy o życiu, których nauczyło mnie prowadzenie ogródka


W samym środku jesieni czas jest akurat doskonały na podsumowanie sezonu ogródkowego. Na wyciągnięcie wniosków z odniesionych porażek i na cieszenie się małymi zwycięstwami.

A przede wszystkim czas najwyższy na obalenie wielkiego mitu krążącego tu i tam, że ekologicznie uprawiane warzywa i owoce są robaczywe i marne, co wskazuje na ich ekologiczność i ponoć po tym właśnie poznać ekologiczne, że mają w sobie robaki i ogólnie są liche.

Nie wiem kto rozsiał taką dezinformację, ale bardzo prawdopodobne, że jest to sprawka małorolnych sprzedawców ekologicznych warzyw i owoców, którzy najlepsze płody rolne zachowali dla siebie i swoich rodzin, a zrobaczywiałe odrzutki postanowili sprzedawać mieszczuchom, próbując im wmówić, że ta zła jakość to atut.

Po kilku sezonach prowadzenia własnego ogródka teraz już wiem na pewno, że jest to zwyczajnie nieprawda: bujda na resorach! Nie ufam już takim opowieściom odkąd sama doświadczyłam uprawy ekologicznych warzyw i owoców w swoim ogródku: przekonałam się wtedy jak się sprawy mają.

1. Ekologicznie uprawiane warzywa i owoce są zawsze dorodne i piękne o ile tylko są prawidłowo uprawiane i doglądane. I jest to pierwsza i bodaj najważniejsza rzecz, jaką nauczyło mnie prowadzenie swojego ogródka.

Jeśli więc kiedykolwiek ktoś będzie jeszcze wspominał na temat ekologicznych warzyw i owoców, które podobno im bardziej są robaczywe tym bardziej są eko, to zapraszam do obejrzenia zdjęć moich warzyw i owoców, które wydała hojna Matka Natura – bez choćby pikograma jakichkolwiek chemicznych środków ochrony roślin! 🙂

Fotografie ogródkowych zbiorów Anno Domini 2018 za chwilę, ale pozwólcie, że najpierw podzielę się kilkoma refleksjami, które (jako przeciętnemu mieszczuchowi) nawet nie przyszłyby mi wcześniej do głowy. Bo musicie wiedzieć, że uprawianie ogródka to nie tylko obowiązek i praca. To także przyjemność i satysfakcja oraz okazja do emocjonującej obserwacji dzieła stworzenia i do związanych z tym refleksji. O życiu, wszechświecie i prawach natury.

To trochę tak jak z posiadaniem dzieci (a kto nie ma dzieci to mogą być i ukochane czworonogi): jest sporo roboty, jest sporo odpowiedzialności, ale jest też i radość i w jakimś sensie też okazja do nauki (bo przecież uczymy się całe życie) oraz refleksji.

2. Jaka jest więc druga rzecz, jaką nauczyło mnie prowadzenie ogródka? Druga jest taka, że (więcej…)

Różowy październik i różowe pranie mózgu


Rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem u kobiet. Jak co roku o tej porze nadszedł więc czas na różowy październik czyli tak zwany „Miesiąc Świadomości Raka Piersi” (BCAM z ang. Breast Cancer Awareness Month), obchodzony na całym świecie od 1985 roku z inicjatywy AstraZeneca.

Jakby ktoś nie wiedział, uprzejmie wyjaśniam: AstraZeneca to wielka korporacja farmaceutyczna tłukąca niemiłosierny hajs między innymi na substancji o nazwie tamoksyfen (syntetyczny lek o działaniu antyestrogenowym, podawany chorym na raka piersi kobietom przez wiele kolejnych lat w ramach leczenia).

Za Wikipedią: “Zamierzeniem Miesiąca Świadomości Raka Piersi była promocja mammografii jako najbardziej efektywnego środka zapobiegającego rakowi piersi.

Już choćby po takich wstępnych wiadomościach można się zorientować, że po różowym październiku  spodziewać się możemy różnych rzeczy.

W rzeczywistości ma on swoje niechlubne drugie dno:  świadomość raka piersi jest jakby połowiczna, a miejscami nawet wieje szyderą, o czym za chwilę się przekonamy. (więcej…)

Naturalna ochrona przed słońcem (w dwóch krokach)


Mamy piękną porę roku, przygrzewa zbawcze słoneczko. Jednak słońce wymaga rozwagi i umiaru, bowiem co za dużo to niezdrowo, nawet jeśli mówimy o rzeczy zdrowotnie korzystnej, takiej jak promienie słońca. Dzisiaj więc napiszę o tym, jak powinna wyglądać naturalna ochrona przed słońcem!

Krótka ekspozycja skóry na słońce (do progu rumieniowego, o czym pisałam tutaj: [klik]) jest jak wiemy wręcz niezbędna dla zdrowia w celu wyprodukowania sobie odpowiednich zapasów witaminy D, ale pytacie mnie w listach co zrobić gdy mamy w perspektywie dłuższe kąpiele słoneczne?

Jak uchronić się przed potencjalnie niszczycielskim w takich warunkach działaniem promieni UV? Jaki krem kupić?

Najprostszym wyjściem jest wizyta w pobliskiej drogerii czy markecie by zaopatrzyć się w konwencjonalny krem przeciwsłoneczny (z filtrem chemicznym lub mineralnym). Niestety większość tego typu kremów z filtrami chroni nie tyle przed promieniowaniem UVA, ile przed UVB (czyli zaburza nam wytwarzanie witaminy D).

Półki sklepowe wręcz uginają się pod ciężarem rozmaitych przeciwsłonecznych kremów i lotionów, a ich producenci chcąc na konsumencie zrobić wrażenie przekrzykują się parametrami faktora SPF (co jest kompletnie bez sensu biorąc pod uwagę, że faktor SPF odnosi się do promieni UVB dzięki którym produkujemy witaminę D, a już krem o SPF=8 hamuje wytwarzanie witaminy D w skórze o ponad 90%).

Kosmetyki te zawierają też niejednokrotnie substancje chemiczne szkodliwe dla zdrowia lub co najmniej kontrowersyjne. Tak, nawet wersje “dla dzieci”. Stanowczo nie polecam!

Jak zatem naturalnie można chronić się przed nadmiarem promieni słonecznych? (więcej…)


Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress