Wirusy onkogenne to ostatnio gorący temat. Dostałam list od jednej z naszych czytelniczek w temacie szczepionki HPV z prośbą o komentarz.

Czytelniczka napisała do mnie dlatego, że jako matka dwóch córek ma mętlik w głowie po lekturze artykułu na blogu pewnej słynnej pani (będącej lekarką).

Podała linka (łatwo znajdziecie go w wyszukiwarce Google na pierwszej stronie wyników wyszukiwania na hasło szczepienie HPV).

Podpowiedź: blog jest jednym z tych modnych obecnie blogasków prowadzonych przez lekarki będące mamusiami. Lub mamusie będące lekarkami jak kto woli.

Jeśli chodzi o tego typu witryny, to w Polsce w ostatnich kilku zaledwie latach szalenie obrodziło.

Łatwo na nie trafić, bo aktualnie lądują na pierwszych stronach wyników wyszukiwań.

Wszystkie natomiast blogi alternatywne (między innymi mój) zostały stamtąd arbitralnie uprzątnięte (zmianę algorytmu rozpoczęto w sierpniu 2018) przez wielkiego wujaszka G. w ramach “zwiększania rzetelności i dostępności informacji medycznej w internecie”.

Tak to się dzisiaj nazywa. Kiedyś nazywało się mniej elegancko: zamordyzm.

W każdym razie (o tempora, o mores!) lekarze i lekarki zaczęli się nami troskliwie zajmować już teraz nawet przez internet.

Ponieważ jednak badać, diagnozować ani wypisać recepty przez internet raczej nie sposób, to chociaż piorą mózgi, aż drzazgi lecą!

Ach, przepraszam: chciałam powiedzieć, “dostarczają rzetelnej informacji medycznej w internecie”. 😉

Kliknęłam w przesłany przez czytelniczkę link, przeczytałam zamieszczoną tam treść i ze zrozumieniem pokiwałam głową: jak można było się spodziewać zalinkowany artykuł był hymnem pochwalnym na cześć zbawiennej dla całej ludzkości szczepionki HPV.

Same superlatywy!

I oczywiście wyolbrzymianie zagrożeń i skutków w postaci raka.

Czy zresztą można się spodziewać innego stanowiska od przedstawicieli systemowej służby zdrowia?

De facto będącej raczej służbą choroby, niż zdrowia, bo ludzi zdrowych służba ta ma raczej w nosie z wiadomej przyczyny.

Po pierwsze: lekarz nie żyje z ludzi zdrowych, tylko chorych. To oczywiste. Gdyby miał żyć z tych, których wyleczył, to nazywałby się wylekarzem, a nie lekarzem.

Po drugie: jeśli wszedłeś między wrony musisz krakać tak jak one. Pracując w tej akurat “branżuni” nie można za mocno wychylać się poza procedury, bo można stracić prawo do wykonywania zawodu i ja to rozumiem.

Każdy ma rodzinę na utrzymaniu.

W przypadku wspomnianego artykułu mamy jednak do czynienia z czymś o wiele większym: z niezrównoważonym gloryfikowaniem procedury medycznej.

Zacznijmy od tego, że gdy mowa o zakażeniach HPV, to przedstawiciele “środowisk” zazwyczaj konsekwentnie pomijają wstydliwym milczeniem jeden fakt mający  znaczący wpływ na przebieg zdarzeń.

A mianowicie to, że zostaliśmy wyposażeni przez Matkę Naturę w cudownie inteligentnego (naprawdę inteligentniejszego od wszystkich utytułowanych “dochtorów” razem wziętych) strażnika zdrowia czyli nasz układ odpornościowy.

I to w dodatku za darmo, a  jest to darmoszka prawdziwa,  niepodszyta chęcią zysku.

Najczęściej jest jednak tak, że doceniamy raczej to, za co zapłacimy (pieniędzmi, czasem, niewygodą, cierpieniem lub jakąkolwiek inną formą naszej energii), a jak coś dostaniemy za darmo, to raczej mamy to w nosie i nie bardzo szanujemy.

Zgadza się? 😉

Tymczasem strażnika zdrowia dostaliśmy za darmo i jedyne co musimy czynić, to wiedzieć jak dbać o niego i robić to!

Czyli dobrze go karmić, nie przeciążać głupotami (złe żarcie, negatywne myśli, łykanie leków, niedosypianie, nadmiar lub niedobór aktywności fizycznej itp.) oraz od czasu do czasu dać mu też coś do roboty.

Tak, to też mega ważne, by nie żyć pod kloszem: czynniki hormetyczne takie jak zimno, ciepło, pewne pokarmy i zioła, intensywne ćwiczenia cardio, okresowe ograniczenia kaloryczne i wiele innych, w tym także kontakt z rozmaitymi mikrobami, bakteriami, wirusami czy nawet pasożytami.

Szczepionka też jest czynnikiem hormetycznym (co nas nie zabije, to nas wzmocni).

Ale sęk w tym, że nikt nie udowodnił, że najlepszym dla każdego (bo z tym wzmacnianiem czasami różnie bywa).

Listy jak ten poniżej, sprzed paru dni, z prośbą o radę, komentarz, wsparcie czy sugestię, dostaję cały czas – przez ostatnich niemal osiem lat prowadzenia tego bloga naczytałam się już naprawdę różnych historii.

Ofiary przemysłu tak gorliwie popieranego przez “eksperckie blogi medyczne” piszą do mnie potem na przykład:

 

 

Gdy czytam takie listy, to serce rozpada mi się na drobne kawałki  💔 i mam naprawdę ochotę komuś ostro przywalić!

Jak widać naganiaczy jest mnóstwo i ostatnio grasuje ich coraz więcej, ale jak coś się wydarzy, to matki zostają sam na sam z niepełnosprawnym dzieckiem, o którego zdrowie walczą potem samotnie – najlepiej jak umieją.

Białym fartuchom już nie ufają (nic dziwnego zresztą) i stronią od nich niczym od zarazy.

Długotrwałe bezpieczeństwo szczepionki HPV

We wspomnianym peanie na cześć zbawczości, skuteczności oraz rewelacyjnego bezpieczeństwa szczepionki HPV  czytamy, cytuję:

1. “…szczepionki HPV na świecie są podawane od 12 lat (zaaplikowano ponad 270 MILIONÓW dawek) i dysponujemy wieloma badaniami naukowymi na ich temat...”

2. “…mamy ogrom literatury naukowej, gdzie w licznych badaniach na ogromnych kohortach potwierdzono nie tylko ich skuteczność, ale też ich długotrwałe bezpieczeństwo….”

Ups! Aha. Czyli zaledwie 12 lat podawania już udowodniło DŁUGOTRWAŁE bezpieczeństwo!

Czyli już teraz nie potrzebujemy kilku pokoleń by stwierdzić, że coś jest w pełni bezpieczne dla nas lub dla naszych dzieci.

To się zrobiło staromodne.

Po co czekać aż tyle!

Wystarczy dzisiaj pomachać gawiedzi przed nosem danymi zaczerpniętymi z badań owianych sporymi kontrowersjami, ale za to klepniętych przez Cochrane – niezależną (jeszcze do niedawna) organizację naukową analizującą medyczne badania kliniczne.

Bitwę o Cochrane wygrał tymczasem wiadomy przemysł.

To, co znajduje się w bibliotece Cochrane, uznawane jest przez lekarzy w sumie za pewnik –  są to tzw. przeglądy systematyczne.

Powinny być one pozbawione stronniczości, niezależne i rzetelne.

Polega to na tym, że zbiera się do kupy prace badawcze na dany temat i analizuje się: to działa, a to nie działa.

Jak informuje nas witryna Cochrane, cytuję:

“Przegląd systematyczny jest badaniem wtórnym (podsumowującym wyniki badań pierwotnych), opracowanym zgodnie z rygorystycznymi standardami metodologicznymi, pozwalającymi zminimalizować ryzyko zaistnienia błędów systematycznych (bias). Dlatego też obecnie uważa się, że wyniki przeglądów systematycznych zajmują jedno z czołowych miejsc w hierarchii wiarygodności danych klinicznych.”

Czyli jeśli przegląd systematyczny wykaże, że coś działa, to znaczy, że działa. Przynajmniej na papierze.

A jak nie działa – to nie działa. Też przynajmniej na papierze.

Bo już w realu to różnie z tym bywa.

To właśnie z tego względu lekarz zapytany o stosowanie witaminy C podczas przeziębienia czy grypy   ma zawodowy obowiązek poinformować nas, że witamina C nie działa na grypę i przeziębienie ani profilaktycznie, ani terapeutycznie (a o skutecznym i szybkim leczeniu wirusowego zapalenia płuc czy polio jak opisywał to w swoich pracach stary doktor Klenner nawet nie ma co wspominać, bo to już w ogóle jest rzecz nie do pomyślenia w medycynie głównego nurtu).

Co prawda w realnym życiu jeśli chodzi o działanie witaminy C, to my z doświadczenia własnego możemy wiedzieć swoje, razem z nami miliony ludzi na tej planecie  też to wiedzą (bo skutecznie pozbyli się rozmaitych, często nawet bardzo poważnych infekcji za pomocą umiejętnie stosowanej witaminy C).

Ale skoro przegląd systematyczny umieszczony w bazie Cochrane stwierdza, że NIE działa, to w medycynie głównego nurtu jest to zwyczajnie wyrocznia, koniec dyskusji i tego się trzymamy jak pacjent będzie zadawał pytania.

I to samo obowiązuje w drugą stronę: jeśli przegląd systematyczny wykazał, że dany sposób leczenia działa oraz jest skuteczny i bezpieczny – staje się to wyrocznią dla lekarza i nawet nie próbujmy wdawać się w dyskusję, bo stoimy od razu na przegranej pozycji.

Tak się składa, że przy publikacji przeglądu systematycznego dotyczącego akurat bezpieczeństwa i skuteczności szczepionki HPV doszło do różnego typu bardzo wielu nadużyć i nieścisłości.

Skończyło się na tym, że za sprawą ujawnienia skandalicznych manipulacji przy publikowaniu tegoż przeglądu systematycznego wyleciał z zarządu Cochrane człowiek, który je wyjawił – jeden z najbardziej szanowanych naukowców swoich czasów – Peter Gøtzsche.

Ten duński lekarz i naukowiec, autor kilkudziesięciu przeglądów systematycznych i wielu publikacji naukowych oraz kilku książek, to  jeden ze współzałożycieli tej organizacji (powstałej w 1993 roku), która miała być w założeniu non-profit, bezstronna, niezależna i kryształowo czysta w służbie EBM (medycyny opartej na dowodach).

Pan Peter Gøtzsche już nie pracuje dla Cochrane – stał się tam piątym kołem u wozu.

Jego członkostwo w Cochrane Collaboration zostało odwołane przez Radę Gubernatorów Współpracy w dniu 25 września 2018 r.

Przypomnę tylko w tym miejscu, że jednocześnie od sierpnia 2018 miała miejsce globalna (we wszystkich krajach świata) zmiana algorytmów wujaszka G. usuwająca z pierwszych stron wyników wyszukiwań wszelkie treści na temat zdrowia niezgodne z “głównym nurtem”.

Tak się składa, że już wiele lat wcześniej dr Gøtzsche podpadł ludziom z branży, gdy stwierdził w 2001 roku, że istnieją dowody na to, iż mammografia jest bezużyteczna ponieważ nie obniża śmiertelności z powodu raka piersi, lecz wręcz przeciwnie – powoduje więcej szkody niż pożytku [klik].

Na ten temat wydał potem w 2012 roku książkę (“Mammography Screening: Truth, Lies and Controversy”).

A rok później napisał kolejną (“Deadly Medicines and Organised Crime: How Big Pharma Has Corrupted Healthcare”) – tym razem ujawniając korupcję, kłamstwa i triki marketingowe, które w świecie farmaceutycznych gigantów są chlebem powszednim.

To głośna książka, która została przetłumaczona na kilkanaście języków.

Doczekała się wydania również w języku polskim (“Zabójcze lekarstwa i zorganizowana przestępczość), czyli jak koncerny farmaceutyczne niszczą opiekę zdrowotną”).

zabójcze lekarstwa

Po raz kolejny pan Peter Gøtzsche naraził się “środowiskom”, gdy w 2015 r. poruszył publicznie temat stosowania psychotropów w leczeniu psychiatrycznym (i napisał na ten temat książkę “Deadly Psychiatry and Organised Denial”) stwierdzając, iż leki te mają skuteczność praktycznie równą placebo.

Nie tylko niczego nie leczą, ale wręcz powodują więcej szkody niż pożytku, zabierając do grobu setki tysięcy istnień rocznie (w 2014 roku 500 tysięcy osób w Stanach i Europie).

Gdy więc pan Gøtzsche zakwestionował przegląd systematyczny na temat szczepionki HPV, to ten kolejny “wybryk” stanowił już tylko kroplę, która przelała czarę goryczy i w tym momencie pan Peter po prostu z hukiem wyleciał z Cochrane.

Wskazywał bowiem z właściwą sobie skrupulatnością na rozmaite błędy metodologiczne i systemowe, naciąganie lub pomijanie danych, brak wykonanych badań względem prawdziwego placebo, nierzetelność, stronniczość, powiązania autorów tejże pracy przeglądowej z wiadomym przemysłem i wiele innych niedociągnięć, naciągnięć i wielorakich machlojek, konszachtów i nieprawości.

Pan Gøtzsche kwestionował i punktował nie dlatego, że jest jakimś dziwnym oszołomem lub się uwziął na bezpieczną i skuteczną szczepionkę.

Wielu innych naukowców z całego świata również wnioskowało, by analiza Cochrane na temat szczepień na HPV została zawieszona, zgłaszając po publikacji przeglądu liczne uwagi krytyczne i zastrzeżenia co do jego miernej jakości (obszerna lista zastrzeżeń  w tym dokumencie).

Wszystko na próżno.

Gøtzsche został wywalony, a na znak protestu dymisję z pełnionych w Cochrane funkcji złożyło także kilku innych naukowców, którzy najbardziej ze wszystkiego cenią sobie prawdę.

W taki oto sposób szanowana niegdyś za bezstronność i niezależność organizacja Cochrane trafiła w szpony wiadomego przemysłu i znajduje się aktualnie na jego usługach.

Bezstronność i niezależność szlag jasny trafił.

A także wolność, transparentność i zwyczajnie ludzką uczciwość w tej szacownej onegdaj instytucji.

Doskonale te przepychanki w Cochrane opisał jeden z polskich lekarzy (z typu tych prezentujących  trzeźwy osąd zamiast jedynie całuśnego blogaska podpartego żebraczym kontem na portalu Patreon).

Warto przeczytać choćby po to, by mieć szerszy obraz klimatu jaki panował przy publikowaniu  potwierdzającego “skuteczność i bezpieczeństwo” szczepionki na HPV przeglądu systematycznego, który jest aktualną wyrocznią dla pracowników służby zdrowia.

Gdy Cochrane zdobyty, to już teraz z górki.

Gdy lekarze już otrzymali wytyczne zawarte w przeforsowanym przeglądzie systematycznym, to wiedzą co mają mówić pacjentom i będą od teraz mówić dokładnie to, co przemysł chce, by mówili.

Szczepionka przeciw wirusowi HPV to bardzo nowoczesny produkt tego przemysłu. A także bezpieczny i skuteczny (bo taka jest aktualnie klepnięta przez Cochrane wersja oficjalna – czyli na papierze).

Nowoczesny – czyli nasze dzieci właśnie w tym pokoleniu są królikami doświadczalnymi.

Bezpieczny? Skuteczny? Za parę dekad dopiero dowiemy się w jakim stopniu chroniła przed rakiem albo co zrobiła kolejnym pokoleniom…

Na razie danych zebranych na kilku pokoleniach jest brak.

Ba! Nawet danych zebranych w okresie 20-30 lat (potrzebnych do rozwoju raka) po prostu brak.

Mamy na ten moment raczej tylko domysły i rzeszę naganiaczy – nierzadko wysoko utytułowanych.

Kolejna część planu sprzedaży to manipulacja globalnymi wynikami wyszukiwania w  najpopularniejszej na świecie wyszukiwarce w ramach “zwiększania rzetelności i dostępności informacji medycznej w internecie” (uwielbiam to sformułowanie!).

Jeśli zatem zależy Ci, drogi czytelniku, by ktoś jeszcze dowiedział się  o tym, o czym teraz tutaj piszę, to w ramach “zwiększania rzetelności i dostępności informacji medycznej w internecie” podawaj proszę dalej ten artykuł do znajomych, inaczej raczej marne szanse by przeczytał to oprócz Ciebie jeszcze pies z kulawą nogą.

Aktualnie wujaszek G. okropnie nie lubi wszelkich “alternatywnych” punktów widzenia w temacie ochrony zdrowia i skrzętnie je tępi.

Lubi tylko tych, co są “po linii i na bazie”, wicie-rozumicie. Bierny, mierny, ale wierny.

Kolejna część planu sprzedaży to zatrudnienie rozmaitych trolli oraz celebrytów internetowych, najlepiej brylujących w internecie “blogerów medycznych” by powiedzieli lub napisali co trzeba (a wielu  nawet i za darmo napisze zawsze dokładnie to, co trzeba!).

Ważne jest, by umiejętnie zasiać w umysłach ludzi wystarczającą dozę grozy i strachu przed zarażeniem wirusem “powodującym raka”.

A potem gdy już wywołamy wystarczająco silne pożądanie produktu (powstałe na bazie strachu, dumy, próżności lub zwyczajnej głupoty), to wtedy czas na jego udostępnienie gawiedzi.

Najpierw odpłatnie (cóż, zdrowie za darmo nie jest, tylko bardzo drogo kosztuje, nie wiedziałeś o tym?).

Oraz koniecznie z wielką łaską. Wielką, powtarzam!

Na dobre rzeczy trzeba przecież bardzo długo czekać.

Z komentarzy pod wspomnianym artykułem dowiedziałam się, że cena szczepionki przeciwko HPV to 600 zł (pierwsza dawka) i nie można tego cudeńka dostać ot, tak.

szczepionka hpv cena

Hmm… Na mój gust trochę za drogo jak za 0,5 ml mętnego płynu o podejrzanym składzie, w którym pływa kilkadziesiąt mikrogramów nanocząsteczek wirusa HPV.

A może to te komórki owadów tak podrożały?

Bo jak wynika z raportu “Biała księga szczepień HPV” opracowanego przez jedną z organizacji pozarządowych, w charakterystyce produktu leczniczego (ChPL) jednej ze szczepionek HPV czytamy:

„Każda dawka może również zawierać pozostałości komórek owadów i białek wirusowych (<40ng) oraz białko komórkowe bakterii (<150ng) z procesu produkcyjnego”.

Jeśli ktoś ciekaw o pozostałości jakichże to owadów wykorzystywanych do produkcji szczepionki HPV chodzi, to trzeba przyznać, że tutaj mamy pełną transparentność:  jest to uczciwie przez producenta ujawnione w ulotce szczepionki.

 

 

Owad nazywa się Trichoplusia ni czyli po polsku błyszczka ni.

Trichoplusia ni (po angielsku Cabbage looper) to motyl nocny (ćma), lubi żerować na uprawach kapusty („Co, kapusta?! Głowa pusta?!” –  byle nie Twoja głowa, drogi czytelniku, ani Twoich dzieci).

A linia komórkowa Hi-5 pochodzi z komórek narządów rozrodczych (jajników) samicy tego owada:

 

 

O gustach co prawda się nie dyskutuje, ale pomysł wstrzykiwania dzieciom czegoś takiego do ustroju, nawet w postaci “pozostałości komórek” i w ilości choćby jednego pikograma – mnie osobiście napawa zwyczajnie obrzydzeniem.

Trzeba być naprawdę psychopatą, by coś takiego wymyślić.

Ale może ja starej daty jestem i nie rozumiem nowoczesnych biotechnologii?

W każdym razie wracając do ceny szczepionki na HPV – kosztowne dzisiaj te wirusy jak cholera, a już szczególnie jak się dorzuci trochę komórek z jajników owadów, genetycznie modyfikowanych drożdży (pomysł producenta szczepionki konkurencyjnej), czy rozkawałkowanego obcego DNA.

Jednakowoż przemysł farmaceutyczny już nie takie rzeczy i nie po takich cenach potrafił sprzedawać, bo w tym to on akurat jest świetny.

Marketing również ma opanowany do perfekcji.

Szlaki przetarte? Strach przed śmiercionośnym wirusem zasiany?

To teraz kolejny punkt programu sprzedaży: można już ogłosić, że produkt będzie “za darmo”!

Dziś szczepienia na HPV są na razie w Polsce dostępne w ramach programów “bezpłatnych” szczepień finansowanych przez samorządy.

Od 2021 roku już rząd zaplanował, że wszystkie polskie małe dziewczynki (a za kilka lat także chłopcy) będą mogły dostawać “bezpłatną” szczepionkę HPV.

Najpierw dajemy więc ceny wywalone w kosmos, niech płaczą ale płacą, a potem dajemy ten produkt też za ich własne pieniądze, ale przemielone już przez system, dzięki czemu powstaje iluzja otrzymania tego “za darmo”.

I niech się cieszą i niech biorą póki jest.

Starczy dla każdego, nie pchać się!

 

 

Wróćmy  tymczasem do tytułowego pytania: czy można “zarazić się rakiem”.

Rakiem jako takim nie można, to nie jest choroba zakaźna.

Można tylko zarazić się wirusem onkogennym, tak jak przykładowo niektóre z wirusów HPV.

Przy bardzo dobrych wiatrach, jak się będziemy mega mocno starać, to nasza znajomość z wirusem może stanowić  pewne zagrożenie.

A przy wiatrach złych? Wtedy to wirus ma przechlapane.

W przypadku HPV (a także równie powszechnego EBV i innych): można mieć kontakt z wirusem i nigdy nie zachorować na nic.

Można być nosicielką genów BRCA i nigdy nie zachorować na raka piersi ani jajnika.

Mikroby czy geny to tylko nabity pistolet, ale ktoś jeszcze musi pociągnąć za spust.

Na przykład większość ludzi ma (na stałe lub okresowo) gronkowca na skórze lub w nosogardzieli, ale “choroba” zwana gronkowcem ujawnia się tylko w sprzyjających warunkach, gdy pojawią się czynniki spustowe pozwalające mu się panoszyć.

Najczęściej w szpitalu bo wtedy jesteśmy osłabieni, zestresowani lub właśnie pokrojono nam tkanki.

Gronkowiec to szpitalny postrach, bo tak  go “leczono” antybiotykami, że teraz mamy już antybiotykoopornego gronkowca.

Mutują bakterie, mutują wirusy… Natura nie znosi próżni.

A walka z prawami natury kończy się sromotną porażką.

A co z wirusami HPV?

Jest ich sporo, ponad 100 różnych (do tej rodziny należy np. wirus wywołujący opryszczkę wargową), ale tylko nieliczne z nich są podejrzewane o onkogenność.

Jednak to NIE jest tak, że wirus skoro jest onkogenny, to na 100% dostaniesz zaraz od niego raka!

Cytuję za Wikipedią: https://pl.wikipedia.org/wiki/Wirus_brodawczaka_ludzkiego

“Zakażenie HPV jest najczęstszą chorobą przenoszoną drogą płciową i większość ludzi przechodzi zakażenie HPV. U części osób zakażenie utrzymuje się co sprzyja rozwojowi raka głównie szyjki macicy, sromu, pochwy i ustnej części gardła. Raki związane z HPV stanowią 3,3% zachorowań na raka wśród kobiet i 2% wśród mężczyzn”

Czyli większość ludzi na pewnym etapie życia może złapać wirusa HPV,  bo wirus HPV jest powszechny niczym katar, a do zakażenia kontakt seksualny w zasadzie nie jest wymagany.

Ale tylko marne kilka procent ludzi może mieć z tego tytułu poważniejsze problemy.

Bo na przykład fatalnie się odżywiają, ciągle łykają jakieś leki, żyją w ciągłym stresie.

A do tego jeszcze może balują (lub pracują) po nocach, a swoją witalność i energię życiową czerpią z kofeiny i energy drinków, kompletnie nie dbając o siebie i zajeżdżając swój organizm niczym łysą kobyłę przez całe dekady.

Albo co gorsza piją, palą, ćpają i łajdaczą się na prawo i lewo (posiadanie wielu partnerów seksualnych należy do głównych czynników ryzyka w zakażeniach HPV).

A potem jeszcze załóżmy, że nie chodzą na żadne badania i swoje zdrowie mają totalnie w nosie przez wszystkie te dekady, aż na koniec trafiają w troskliwe ramiona służby zdrowia.

Gdy coś boli tak mocno, że wytrzymać nie można albo coś krwawi, to wtedy idą rzecz jasna do lekarza, bo wcześniej są za bardzo zajęci życiem prowadzonym na własnych warunkach (czyli mogę żyć jak mi się podoba, a jak się coś “popsuje”, to od tego są lekarze i niech oni się martwią, toć medycyna teraz taka rozwinięta, że na wszystko muszą mieć sposób!).

Nic dziwnego, że zakażenie u takich ludzi utrzymuje się i przechodzi w stan przewlekły, bo z takim podejściem do życia i do własnego zdrowia, to wirus ma doskonałe warunki by sobie u nich rządzić w najlepsze!

Aż w końcu po latach może to wszystko razem wzięte doprowadzić do zmian – najpierw przednowotworowych, a potem nowotworowych.

Diagnoza “masz raka” jest w tym przypadku nieuniknionym następstwem stylu życia, bo jakoś pozostałym ludziom kontakt z onkogennym wirusem HPV nie przysparza problemów żadnych.

Ze statystyk bowiem wynika, że sprawdza się zasada Pareto: w formę przewlekłą wirus HPV przechodzi tylko u 20% ludzi, zaś ok. 80% zakażeń wirusem ustępuje samoistnie w ciągu kilku miesięcy (przy prawidłowo funkcjonującym układzie odpornościowym, który bezpardonowo rozprawi się z wirusem) [klik]

Grupa przewlekła ma za to bardziej przerąbane, bo u nich zakażenie wywołane wirusem HPV siedmiokrotnie zwiększa ryzyko wystąpienia raka szyjki macicy.

Ale jak widać nawet przewlekła forma zakażenia HPV wciąż nie stanowi “wyroku śmierci” z powodu raka, lecz jedynie siedmiokrotne zwiększenie ryzyka.

Wirusy onkogenne to wielki straszak!

Jest sporo wirusów podejrzewanych o onkogenność i to jest raj dla przemysłu farmaceutycznego, bo jak wiadomo raka każdy boi się jak zarazy (choć każdy z nas “ma raka” czyli komórki do usunięcia – nawet ja teraz pisząc te słowa a Ty je czytając – każdy z nas ma raka i regularnie się go pozbywa dzięki inteligencji układu odpornościowego).

I to nie jest tak, że szczepionka HPV daje 100% pewności, że tego raka zaszczepiona osoba nie dostanie, cytuję za https://www.onkonet.pl/dp_hpv_rak_szyjkimacicy.php

“Skuteczność szczepień nie jest 100%, szczepionki chronią przed zakażeniem wybranymi typami wirusa dlatego też regularne badania cytologiczne pozostają nadal podstawą profilaktyki onkologicznej, nawet kobiet zaszczepionych we wczesnym okresie swojego życia przed HPV.”

Powiedzmy sobie szczerze jedno: skuteczność żadnej szczepionki nigdy nie jest stuprocentowa.

Jak powiedział Benjamin Franklin – pewne na 100% w tym życiu są jedynie dwie rzeczy: śmierć i podatki.

 

 

Czyli także i w przypadku HPV wychodzi na to, że mimo wszystko szczepionka to tylko taki dodatek, taki kwiatek do kożucha, a nie podstawa profilaktyki onkologicznej, bo starych dobrych badań cytologicznych nic nie zastąpi.

A zdrowego stylu życia i zdrowego odżywiania tym bardziej!

Nie ma i nie będzie szczepionki, po wstrzyknięciu której magicznie pozbędziemy się niszczących nas nawyków i przekonań i zaczniemy w końcu dbać o swoje zdrowie (fizyczne, psychiczne i duchowe) – tak jak dbać należy.

Dietę pozbawioną antyoksydantów wskazuje się na przykład jako jedną z przyczyn zachorowania na raka – dotyczy to jakiegokolwiek narządu, szyjki macicy nie wyłączając.


Strach ma wielkie, oczy, a prawda jest taka, że dzisiaj ludzie na słowo “rak” robią w gacie widząc od razu śmierć w oczach.

Z powodu wirusa HPV poważne problemy zdrowotne ma jednak raptem 2-3 % ludzi, którzy mieli z nim w życiu kontakt.

I dla tych kilku procent ludzi, którzy nie wiedzą jak dbać o swoje zdrowie (lub nie mają najmniejszej intencji tego robić, choć niby z grubsza coś tam wiedzą) szczepić się będzie całe populacje dzieci: najpierw wszystkie dziewczynki, a potem także chłopców – jak leci.

Bo przecież rak.

Robić się to będzie oczywiście masowo i “za darmo” (czytaj: pan płaci, pani płaci – wszyscy płacimy, bo na te “darmowe” świadczenia medyczne odciągane są nam przecież od wynagrodzenia każdego miesiąca przymusowe haracze czyli tzw. składki).

Za darmo to my mamy jedynie to, z czym się rodzimy: układ odpornościowy.

Za darmo mamy też powietrze, słońce, lasy i ziemię rodzącą naturalny dla nas pokarm.

Jedyne czego może nam w tej sytuacji brakować, to klarowność widzenia i mądrość pozwalająca nam to wszystko docenić.

 

P.S.

Tytułem wyjaśnienia: nie jestem ani proepidemikiem, ani proszczepionkowcem. Jestem krytycznym promyśleniowcem. 🙂