Czytelnicy w listach często narzekają na to, że ciężko jest przestawić się na zdrowe odżywianie gdy człowiek ma mało czasu, a wokół tyle przetworzonych produktów kusi i wciąga. Dziś odpowiem na pytanie jednej z naszych czytelniczek: dlaczego przetworzona żywność jest tak uzależniająca?

To prawda. Dosłownie działa jak narkotyk! Co gorsza, ćpają już nawet małe dzieci i to całkowicie legalnie.

Wszyscy wiemy, że jak już otworzymy paczkę ciasteczek, słonych paluszków, krakersów lub czipsów, to na pewno nie skończy się na jednym, a jedna kulka lodów, jeden mały wafelek czy batonik zazwyczaj skutkuje uczuciem niedosytu…

Mało tego – gdy już raz zasmakujemy w tego typu rozkoszach podniebienia, to nie możemy doczekać się kolejnej okazji. Po spożyciu ciastek, czekolady, kabanosów, pizzy czy lodów mamy jeszcze większą na nie ochotę i… ciągle nam mało. W sumie moglibyśmy jeść to na okrągło (co też i zresztą wiele osób robi).

To zjawisko dotyczy wielu przetworzonych produktów: słodkich, słonych, tłustych, mięsnych, serowych, pszenicznych…

W dziwny sposób nie dotyczy tylko jednej grupy żywności: świeżych warzyw i owoców – te wydają się być nietknięte klątwą. 🙂

 

Kto tak naprawdę produkuje korporacyjną “żywność”?

 

Warto wiedzieć, że to niezwykle smakowite i jednocześnie wściekle uzależniające korpożarcie produkują nam prawdziwi spece od uzależnień czyli… papierosiarze.

O związkach przemysłu tytoniowego z przemysłem spożywczym napisano już sporo, niewiele jednak można znaleźć z tej wiedzy w języku polskim, oprócz suchych wzmianek w Wikipedii.

Oglądałam swego czasu film na Netflixie (niestety nie pamiętam tytułu, może ktoś z czytelników podpowie), w którym były przedstawione wszystkie te korporacyjne powiązania, wyjaśniona została też kwestia narkotycznego działania korporacyjnego żarcia.

Papierosy jak wiadomo dostarczają do ludzkiego ciała nikotynę, która (w/g definicji WHO, Światowej Organizacji Zdrowia) została zaklasyfikowana jako narkotyk.

Spora część znajdującego się w sklepach przemysłowo przetworzonego “jedzenia” jest zatem produkowana przez tych, którzy przez wiele dekad truli ludzi powodującymi uzależnienie papierosami, a dzisiaj robią dokładnie to samo: zarabiają krocie na nieświadomych konsumentach ogłupionych uzależniającym żarciem.

 

 

Papierosiarze długo nie chcieli przyznać, że nikotyna uzależnia, a palenie szkodzi. Palenie promowano jako rzecz modną i pożądaną, a nawet jako środek na odchudzanie dla kobiet.

Zatrudniano też swego czasu nawet lekarzy do reklamy swoich produktów i powoływano się na badania naukowe (oczywiście finansowane przez samych siebie).

Brzmi znajomo? 😉

Tak naprawdę nic się nie zmienia od dekad – ci sami ludzie, ta sama filozofia działania.

Jak do tego doszło, że karmią nas dilerzy narkotyku?

Grunt zaczął się papierosiarzom palić pod nogami już od lat 60-tych, kiedy to zaczęła rosnąć ilość niezależnych badań naukowych dotyczących szkodliwości palenia tytoniu.

W pewnym momencie nie dało się już ukryć, że wyroby tytoniowe to śmiercionośna zaraza. Podobnie jak dzisiaj już coraz trudniej jest ukryć, że przemysłowo przetworzone korpożarcie to równie śmiercionośna zaraza – dokładnie tak jak palenie tytoniu.

Prześledźmy przez chwilę fakty.

W 1965 roku Kongres USA nakazał producentom obowiązkowo zamieszczać ostrzeżenia na paczkach papierosów, a w 1971 r. zabronił reklamowania wyrobów tytoniowych w telewizji i radiu, a wkrótce także w prasie i na bilboardach.

Zniknął wtedy np. słynny kowboj Marlboro, reklama, która swego czasu spowodowała kilkukrotny wzrost sprzedaży koncernowi Philip Morris (dzięki czemu Marlboro szybko zdystansowało inne papierosowe marki).

 

Na światło dzienne zaczęły też wychodzić z biegiem czasu różne niecne fakty, przykładowo:

  • że do tytoniu (fajkowego oraz papierosowego) dodawano syntetyczne substancje jak np. amoniak ułatwiający wchłanianie nikotyny przez organizm (czyli przyspieszający uzależnienie!) czy rakotwórcze kumaryny;
  • że w dymie tytoniowym znajdziemy ponad 4 tysiące substancji, w tym kilkadziesiąt potencjalnie szkodliwych i rakotwórczych (m.in. metale ciężkie, pestycydy, benzo(a)piren, aceton, związki smołowe, dwutlenek węgla i masę innych)
  • że na raka lub COPD (przewlekłą chorobę obturacyjną płuc) zmarli wszyscy czterej “Kowboje Marlboro” – modele i aktorzy wcielający się w jego postać: Eric Lawson (na zdjęciu powyżej), David McLean, Wayne McLaren, Dick Hammer.

Rządy wszystkich państw zaostrzały jednocześnie przepisy antynikotynowe. Zaistniała obawa, że na wyrobach tytoniowych już nie będzie takiego biznesu jak dawniej, toteż w latach 80-tych rozpoczęła się masowa dywersyfikacja papierosiarzy.

Papierosiarze zaczęli intensywnie kupować koncerny spożywcze. A mieli za co: na sprzedaży dymiącego uzależniacza dorobili się niebagatelnych pieniędzy – były to miliardy dolarów!

Teraz mieli zamiar dorabiać się ich jeszcze więcej stosując tę samą filozofię: wpędzić w “pułapkę przyjemności”, silnie uzależnić i przez to sprawić, by raz zdobyty klient pozostał klientem już na zawsze.

W 1985 roku RJ Reynolds przejął Nabisco Foods za kwotę 5 miliardów dolarów, zaś Philip Morris wykupił General Foods za 5,6 miliarda $.

Trzy lata później w ręce Philip Morris przeszedł także Kraft Foods (obecnie Kraft Heinz Company) za kwotę 11,5 miliarda dolarów, co uczyniło z niego największego producenta żywności w USA.

A na sam koniec w 2000 r. Nabisco trafiło w końcu w ręce Philip Morris za kwotę 18,9 mld dolarów. Tymczasem rok wcześniej roszczenia dotyczące negatywnych skutków palenia papierosów pogorszyły reputację firmy Philip Morris, powodując spadek ceny jej akcji aż o 43%.

A przecież na czymś trzeba zarabiać, czyż nie?

Najlepiej wszak się zarabia na uzależnionych. Jak nie od nikotyny, to niech będą teraz uzależnieni od jedzenia!

Jeśli chodzi o złe żarcie, to tutaj nikt niczego już tak szybko jak przy nikotynie nie udowodni. Skutki złego jedzenia znacznie trudniej jest udowodnić, bo skutki palenia mogą wyjść na jaw stosunkowo szybko, a skutki złego odżywiania nawet i po wielu dekadach.

Palić nie każdy musi, ale jeść każdy, więc i klientela dużo liczniejsza: obsłużyć swym towarem można każdą rodzinę, łącznie z niemowlętami i domowymi pupilami.

Natomiast czynników szkodliwych mamy we współczesnym świecie tysiące i w razie czego winę za choroby można zwalić na cokolwiek innego, a nie akurat na jedzenie.

Nie mówiąc o tym, że wciąż wiele osób (nawet lekarzy)  jest do dziś przekonanych, że sposób odżywiania w zasadzie nie ma większego wpływu na stan zdrowia (tak myślą zawsze ci, którzy odżywiają się tradycyjną zachodnią dietą i jeszcze nie przeszli na jasną stronę mocy).

No to złoty interes z tym żarciem! 🙂

Receptury wielu oryginalnych produktów po przejściu firm w ręce papierosiarzy uległy w wielu przypadkach zmianie: dołożono doń dużo więcej cukru, soli oraz tłuszczu (złego tłuszczu, niestety), dużo więcej chemicznych “fajerwerków” (substancji nadających ładny kolor, zapach, konsystencję) i środków przedłużających czas polegiwania na sklepowej półce.

Jednocześnie zmianie ulegały też wielkości opakowań i gramatury – na coraz większe.

Na przykład flagowemu polskiemu wafelkowi Prince Polo urodził się dużo większy braciszek czyli “Prince Polo XXL” odkąd zakłady Olza w Cieszynie przejął globalny koncern Mondelez (dawniej Kraft Foods – dziecię papierosiarzy).

Zmiana wielkości opakowań, a przede wszystkim receptur powodowała dynamiczny wzrost zysków.

Zamiast tradycyjnego cukru (tak czy inaczej nie służącego zdrowiu) zaczęto masowo stosować dużo tańszy syrop glukozowo-fruktozowy, a zamiast tradycyjnego masła czy smalcu – dużo tańszy olej palmowy (źródło m.in kwasów tłuszczowych trans, dzisiaj ograniczanych z uwagi na uregulowania prawne zobowiązujące producentów do zmniejszania tych szkodliwych kwasów w recepturach swoich wyrobów).

Zobaczmy na przykład takie ciasteczka Oreo (produkowane od 1912 roku w/g oryginalnej receptury). Do połowy lat 90-tych były wciąż produkowane według tradycyjnej receptury czyli z użyciem smalcu, natomiast potem smalec został zastąpiony rafinowanym olejem palmowym.

A  jeśli popatrzymy na aktualne receptury korpożarcia, to głównie ładowany jest tam właśnie rafinowany tłuszcz, najtańszy i najbardziej podłego gatunku:

  1. olej palmowy
  2. olej rzepakowy

Dotyczy to każdego produktu, nawet jedzenia dla dzieci.

Ale czego można spodziewać się po koncernach produkujących gumę do żucia “dla dzieci” słodzoną aspartamem i acesulfamem K? Pisałam o tym 6 lat temu. Czy coś się zmieniło? A skąd!

Do dzisiaj skład gumy do żucia “Orbit dla dzieci” został ten sam. Po co zmieniać skład? W końcu i tak tysiące niczego nieświadomych rodziców każdego dnia tę gumę “bez cukru” swoim dzieciom kupuje, będąc święcie przekonanym, że czyni im wręcz niezwykłą dobroć z uwagi na dbanie w ten sposób o dziecięce ząbki. Dla jasności do czego służy ta guma narysowano na opakowaniu wesołego ząbka z obronną tarczą.

Rodzice niestety nie wiedzą, że sztuczne słodziki  niszczą ich dzieciom mikrobiom jelitowy. To raczej marna pociecha mieć zdrowe ząbki przy zniszczonym mikrobiomie jelitowym!

Nauka zdobywa coraz więcej dowodów na to, że spożycie syntetycznych słodzików (aspartam, sukraloza, acesulfam K, neotam, sacharyna) wpływa niekorzystnie na aktywność mikrobiologiczną jelit [klik].

Kiedy usłyszeliśmy o tych odkryciach w mass mediach? Jak często pisały o tym gazety? Czy mówiono o tym w telewizji śniadaniowej?

 

 

Ja już dzieci mam duże, ale z ciekawości będąc kiedyś w sklepie zaczęłam czytać etykiety korporacyjnych gotowizn dla niemowląt i włos mi się zjeżył: wszędzie, niemal w każdym gotowym obiadku dla niemowląt znajdował się olej rzepakowy, czasem kukurydziany lub słonecznikowy. Nigdzie nie było wspomniane, że zimnotłoczony nierafinowany, więc można się tylko domyślać, że najtańszy  czyli rafinowany.

Oczywiście żaden gotowy produkt dla dzieci nie był wykonany ze składników organicznych, uprawianych lub hodowanych ekologicznie. Już nie wspomnę o dodawanych wypychaczach czy zagęszczaczach typu modyfikowane skrobie czy mąki.

Żadna kochająca mama nie dodaje takich składników do gotowanych dla swego dziecka obiadków czy zupek. Ale przemysł je dodaje i ludzie to kupują.

Z kolei olej palmowy to składnik preparatów mlekozastępczych dla niemowląt (tzw. sztuczne mleko dla niemowląt) oraz bardzo wielu słodyczy (szczególnie ciast, ciasteczek, wafelków, różnych słodyczy “dla dzieci” itp.).

Jednym słowem od małego nasze dzieci są futrowane olejem. Jak nie palmowym to rzepakowym. Olej to produkt przetworzony (!), jakby ktoś nie wiedział.

Dziwnie cicho jest też o tym, że rafinowane oleje zawierają estry kwasów tłuszczowych glicydolu – potencjalnie rakotwórcze związki powstające podczas przetwarzania (np. rafinowania) oleju w wysokich temperaturach.

Zwracała na to uwagę w swoich oświadczeniach zarówno EFSA (Europejski Urząd ds Bezpieczeństwa Żywności) jak i WHO (Światowa Organizacja Zdrowia).

Inne potencjalnie szkodliwe związki zawarte w dużych ilościach w rafinowanych olejach to (uwaga, będą trudne dla przeciętnego śmiertelnika nazwy) 2-MCPD (2-chloropropan-1,2-diol) i 3-MCPD (3-chloropropan-1,2-diol) oraz ich estry.

Spójrzmy prawdzie w oczy: wszelkiego typu rafinowane oleje to żywieniowy śmieć!

A że produkcja korpożarcia musi przebiegać po taniości i jednocześnie obłędnie uwodzić nasze kubki smakowe – przemysł szafuje tymi olejami ile wlezie.

Z kolei nieświadomi niczego ludzie to kupują  – dla siebie i dla swoich dzieci.

Smaczna i jednocześnie uzależniająca przetworzona karma jest też tania, co osiągnięto za pomocą rozmaitych dodatków chemicznych, a także dużej ilości dodanego cukru, soli i tłuszczu. Tu liczy się kasa, a nie zdrowie ludzi.

Analitycy stwierdzili, że epidemia otyłości w krajach uprzemysłowionych zaczęła narastać od lat 90-tych (przypomnijmy: to był czas dywersyfikacji papierosiarzy). Jednocześnie ceny warzyw i owoców wzrosły w ciągu kolejnej dekady o  około 40%, podczas gdy ceny jedzeniopodobnych produktów przetworzonych spadły również o tyleż samo, czyli o ok. 40%.

Ta tania żywność ma jednak swoją ukrytą cenę.

Przypomnę: największym zabójcą w społeczeństwach zachodnich są choroby sercowo-naczyniowe. Pierwsze zmiany miażdżycowe badacze odnotowali już nawet u dzieci w wieku wczesnoszkolnym.

Skąd one się tam wzięły u tak małych dzieci? Pytanie retoryczne! 🙂

Najbardziej narkotyczne są połączenia, nie składniki same w sobie!

Ostatnio cukier jest na celowniku, a węglowodany posądzane o doprowadzenie ludzkości do obecnej  zdrowotnej nędzy. Jednak jak to w życiu bywa – prawda leży w tym przypadku pośrodku.

Sprzedawcy narkożarcia dobrze to wiedzą: sam cukier jest średnio seksowny. Podobnie jak sama sól czy sam tłuszcz. No można zjeść trochę cukru albo soli, ale na pewno nie smakuje to tak fajnie jak wtedy gdy do cukru lub soli doda się magiczny składnik: TŁUSZCZ!

Bo z tłuszczem wszystko smakuje lepiej. Każdy cukier i każda sól. Wie o tym każda średnio rozgarnięta pani domu.

Przemysł tytoniowo-spożywczy również doskonale o tym wie i z tej wiedzy obficie korzysta – na naszą zgubę.

To dopiero TANDEM dwóch składników (cukier + tłuszcz albo sól + tłuszcz) powoduje, że w  naszym mózgu ośrodki przyjemności i nagrody zaczynają śpiewać pieśń radości i dopominać się o więcej takich cudownych doznań.

A wtedy już nic innego nam nie smakuje, wszystko jest nijakie, mdłe i pozbawione przyjemności – TEJ przyjemności. Bo ona jest “jedyna w swoim rodzaju” i dlatego tak nas uzależnia niczym narkotyk.

Dzieci błagające rodziców przy kasie w markecie o coś słodkiego raczej nie wskażą na zwykłego lizaka czy karmelki (cukier), ale prędzej będą domagać się jajeczka z niespodzianką, wafelka lub batonika (cukier + tłuszcz). Sam cukier uzależnia, ale połączenie cukru z tłuszczem jest po prostu nie do pobicia.

Na tym polega pułapka przyjemności.

Dodam, że w naturze takie połączenie jak cukier + tłuszcz nie występuje (za wyjątkiem mleka matki, ale to ma wtedy sens). To co jest w naturze słodkie nigdy nie jest tłuste i vice versa.

Natura wie co robi, żadnych pułapek, czysta gra: naturalne jedzenie potrafi dać mnóstwo przyjemności, ale nie jest uzależniające ani nie działa na naszą szkodę.

Jedzenie przetworzone wręcz odwrotnie: wielkie koncerny produkują jedzenie głównie pod kątem naszej przyjemności i błogich doznań, a nie dla naszego zdrowia.

Przemysł to panienka lekkich obyczajów, a nie mamusia!

Konglomeraty spożywczo-tytoniowe to nie mamusia (Matka Natura), co przytuli do serca i zadba o zdrówko twoje czy twoich dzieci.

Koncernom bliżej do mentalności prostytutki: zapłaciłeś za swoją porcję przyjemności, to ja ci ją dostarczę – od tego tu jestem. A o resztę sam się martw, bo to już nie moja sprawa. Po miłość to do mamusi, kolego!

Pułapka przyjemności skutkuje tym, że nie smakuje nam już potem jedzenie naturalne, pozbawione koncernowych “wodotrysków”: świeże warzywa i owoce, naturalny jogurt bez cukru, czysta woda do picia, niesolone orzeszki, pizza bez tony oleju, tłustego sera i salami albo razowy domowy chleb na zakwasie… To wszystko nie smakuje zbyt dobrze gdy już masz kubki smakowe wynaturzone ciągłym spożywaniem przemysłowej karmy.

A jak nie smakuje, to co robimy? Bingo! Wracamy z powrotem do tego, co nam do tej pory smakowało, czyli do korporacyjnej karmy. Szybko, prosto, tanio i do tego jakże smacznie! 😉

Pamiętam czasy, w których nie umiałam zjeść surowych truskawek w ich naturalnym stanie, bo jadalne były dla mnie tylko truskawki posypane cukrem (oraz dodatkowo z porcją bitej śmietany jeśli była pod ręką, a mogła być nawet ta sztuczna, w sprayu, która co prawda smakowała obrzydliwie, ale za to była tłusta).

Truskawki nadawały się też na obiad: biały makaron z truskawkami upaćkany posłodzoną tłustą śmietaną. W takim układzie rzeczy same truskawki wydawały mi się wtedy czymś mało seksownym, a nawet wręcz niejadalnym.

Pamiętam też czasy, w których nie potrafiłam zaspokoić pragnienia niczym innym jak czymś słodkim, najlepiej gazowanym. Czasy, w których herbaty bez cukru za żadne skarby bym nie przełknęła.

Dzisiaj już nie słodzę. Dzisiaj preferuję czystą wodę (a jeszcze bardziej wodę z cytryną), choć kiedyś było to dla mnie nie do pomyślenia.

Bo wszystko się zmienia!

Czasy się zmieniają, preferencje kubków smakowych się zmieniają. Ludzie się zmieniają.

Zmieniają oni swoje nawyki, zmieniają swoje przekonania i zmienia się poziom ich wiedzy oraz świadomości.

 

Przez ostatnich siedem lat, odkąd założyłam tego bloga, obserwuję jak dynamicznie rośnie w Polsce rzesza ludzi coraz bardziej świadomych tego co chcą nałożyć sobie na talerz. I świadomych też zagrożeń związanych z regularnym spożywaniem uzależniającej, przetworzonej sklepowej karmy.

Coraz większa rzesza ludzi zaczyna rozumieć, że żywność – jak sama nazwa wskazuje – ma ODŻYWIAĆ. Nie tylko zapychać brzuch lub dostarczyć chwilowej radości podniebienia za cenę braku niezbędnych do życia substancji odżywczych i związanych z tych przewlekłych chorób, z którymi potem trzeba się bujać do końca życia jeśli nadal będziemy żywieniowymi narkomanami.

Sklepowe półki wciąż co prawda jeszcze ciągle w dużej mierze przypominają żywieniowe śmietnisko, ale pojawiły się też zdrowsze produkty, w coraz większym wyborze, a nawet certyfikowane produkty ekologiczne, po które jeszcze kilka lat temu trzeba było udać się do specjalistycznego sklepu oznaczonego szyldem “Zdrowa Żywność”.

Ostatecznie to my, konsumenci, dyktujemy co ma być wyprodukowane,  a za co już podziękujemy i nie wydamy na nędznego śmieciocha swoich ciężko zarobionych pieniędzy. Głosujemy portfelem!

Przemysł nie ma wyjścia jak się dostosować do naszych oczekiwań.

Cóż, świat pędzi do przodu, a pewnych faktów już nie da się dłużej ukryć. Dokładnie tak jak to było z papierosami. A kto już doświadczył ten wie, że rzucenie narkożarcia przynosi zauważalne korzyści zdrowotne – dokładnie tak jak rzucenie palenia.

Nikt nie lubi być robiony w bambuko (w dodatku za własne pieniądze), a konsumenci już z pewnością nie są tacy naiwni jak kilka lat temu. Cieszą mnie te zmiany.

Bo jak powiedział Abraham Lincoln: “Można oszukiwać wszystkich ludzi przez pewien czas, a część ludzi przez cały czas, ale nie da się oszukiwać wszystkich przez cały czas.”.

Jedzmy prawdziwe jedzenie, zamiast produktów jedzeniopodobnych!

Można obejść się doskonale bez korporacyjnych “smakołyków” i jeść prawdziwe jedzenie zamiast czegoś, co tylko je udaje.

Można czytać etykiety, ale prościej kupować naturalne płody rolne – one nie potrzebują etykiet.

A poza tym istnieje mnóstwo kuchennych trików, na przykład:

  • puszyste i kremowe  lody można zrobić z samych owoców (i jeść bez poczucia winy, z korzyścią dla zdrowia), tu przepis na domowe lody
  • ciasto można upiec nie tylko z pszennej mąki Basia z margaryną Kasia, ale również pyszne i zdrowe (czyli przyjemne z pożytecznym)… ciasto z fasoli
  • czipsy domowe można upiec z samych warzyw (jarmuż, marchew, burak, batat)
  • domowe napoje chłodzące można prosto i szybko zrobić samemu z naturalnych składników
  • warto robić swoją przyprawę do zup (typu jarzynka: prawdziwa, bez glutaminianu sodu i fury soli)

A po więcej zdrowych inspiracji kulinarnych zapraszam czytelników do mojego e-booka “99 Przepisów Kuchni Szybkiej i Zdrowej”.

99 przepisów kuchni szybkiej i zdrowej

Tylko nie mów “ale ja nie mam na to wszystko czasu”. To najgłupsza i najbardziej nieodpowiedzialna wymówka.

Jeśli bowiem TERAZ nie znajdziemy czasu by karmić prawidłowo swoje ciało własnoręcznie uszykowanym jedzeniem, to POTEM będziemy musieli znaleźć czas by chorować – na choroby nieprzyjemne oraz drogie w utrzymaniu.

Ja też jestem pracującą mamą i żoną, też żyję wiecznie w niedoczasie, lecz zdrowy styl życia i zdrowe (a przy tym smaczne!) samodzielnie zrobione jedzenie jest dla mnie teraz absolutnym priorytetem.

Nie jest bowiem normalną rzeczą mieć 30-40 lat i być wyzutym z wszelkiej energii życiowej.

Nie jest rzeczą normalną mieć cukrzycę, zawał lub udar mając lat ledwie 40-50.

Nie jest rzeczą normalną umierać na raka mając lat 60 czy 70 albo spędzać ostatnie lata życia nie rozpoznając bliskich i robiąc pod siebie.

Umówmy się.

Każdego z nas stać jest w tym względzie na więcej. Bierzmy przykład z populacji Niebieskich Stref!

Dobra wiadomość jest taka: nie tylko ja sama ale i wielu moich czytelników stanowimy doskonałe przykłady na to, że można żyć inaczej.

Można podnieść się z kolan, otrzepać, poprawić koronę i pójść po rozum do głowy czyli zacząć uczyć się jak żyć zdrowo, witalnie i radośnie – w każdym wieku.

Nigdy więcej nie wrócę do poprzedniego stylu życia. Za bardzo sobie cenię aktualne doskonałe samopoczucie i jakość życia.

Dzisiaj czuję się o niebo zdrowiej niż nawet ćwierć wieku temu. I za kolejne ćwierć mam zamiar czuć się tak samo, a nie tylko “być na chodzie” dzięki torbie leków.

Takie są moje zdrowotne plany.

A jakie są Twoje zdrowotne plany na kolejne ćwierć wieku?

Napisz proszę w komentarzu!